Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się przeżyć
prawie 25 lat bez oznak suchej skóry na ciele. Nie dotyczyło mnie uczucie
ściągnięcia po kąpieli i biały „nalot” na skórze. Niestety do czasu. Przez
własną niefrasobliwość w kwestii balsamowania, niskie temperatury i
niemiłosiernie podkręcone ogrzewanie stałam się niezbyt szczęśliwą posiadaczką
skóry suchej. Największy problem stanowią nogi, a dokładniej łydki, które nawet
w swoich „nawilżonych” czasach były tą najbardziej suchą częścią ciała.
Podczas jednej z wizyt
w drogerii wpadł mi w oko balsam, którego recenzję przedstawiam poniżej.
Pochodząca z wysp marka Inecto specjalizuje się w kosmetykach (do twarzy, ciała
i włosów) co najmniej w 90% naturalnych. Wszystkie swoje produkty opierają na
olejach kokosowym lub arganowym. Podobnie jest w przypadku tego balsamu, który
zawiera ok. 90% naturalnych składników. Całkiem nieźle, chociaż przyznaję, że
nie przywiązuję tak dużej uwagi do „naturalności” w kosmetykach. Dla
kosmetyczno-ekologicznych freaków będzie to z pewnością ważna sprawa, dla mnie
raczej miły bonus.
Opis producenta i skład:
Używanie:
Balsam ma lekką formułę, którą z miejsca polubiłam. Nic mnie
tak nie drażni jak tłuste kremy i balsamy, po których działam jak rolka do
ubrań, więdz formuła lekkiego lotionu jest dużym plusem. Już teraz widzę, że jest wyjątkowo wydajny, bo już niewielka ilość
pozwala na nawilżenie całego ciała. Z pewnością sprawdzi się na skórze
normalnej oraz lekko przesuszonej (czyli takiej, jak moja w tym momencie). Producent kieruje produkt do suchej i bardzo suchej skóry. Nie
mam pewności czy deklaracja nie jest przesadzona, bo moja skóra nigdy nie sprawiła aż takich problemów.
Kosmetyk wchłania się bardzo szybko, pozostawiając na skórze delikatną,
przyjemną powłokę. Co najważniejsze – działa na nieszczęsne łydki, po których
Muffin zaczynał rysować pazurkami. <3
Zapach:
To jest kolejny, ogromny plus! Zapach kokosa jest jednym z
moich ulubionych, o ile nie pachnie tak, jak niektóre „olejki eteryczne”
sprzedawane po 2 zł w osiedlowych sklepikach. Musi być jak najbardziej
naturalny, niedrażniący, ale jednocześnie słodki i ciekawie urozmaicony – ten
dokładnie taki jest. Zdecydowanie polecam powąchanie go w drogerii, nawet
jeżeli, jak moja mama, nie lubicie zapachu kokosa – jej wyjątkowo przypadł do
gustu! Wyczuwam go na skórze do 3-4h po nałożeniu balsamu, ale nie koliduje z
moimi perfumami i nie wychodzi na pierwszy plan.
Opakowanie:
Nietrudno zgadnąć, że przyciągnęła mnie do niego szata
graficzna, a zatrzymała tubka wykonana z miękkiego plastiku (w myślach już ją
rozcinałam przy końcówce produktu – czy tylko ja o tym myślę, gdy widzę toporne
butle?). Minusem jest sposób zamykania – nie przepadam za tym rozwiązaniem, bo
po nasmarowaniu całego ciała można się zirytować przy próbach zakręcenia tubki.
Tutaj niezłym rozwiązaniem byłby koreczek na zatrzask. W zasadzie jedynym
dobrym.
Cena:
Cena w stosunku do pojemności (standardowej 250ml) i jakości
produktu jest zabawnie niska. W drogerii Hebe zapłaciłam za to cudo ok. 15zł.
Czy kupię ponownie?
Prawdopodobnie tak, chociaż biorąc pod uwagę ogromny wybór
na rynku kosmetycznym i stale pojawiające się nowości – raczej nie wrócę do
niego od razu po wykończeniu tego opakowania. W dalszej przyszłości – chętnie J
Ocena: 9/10


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz